11 gru
Coraz częściej spotykam się z przypadkami, w których gdy dowiaduję się jak na imię swojemu maluchowi dali jego rodzice chce mi się śmiać. A to najbardziej łagodna reakcja. Czasami bywa również, iż chce mi się ryczeć, jestem zdruzgotany, zażenowany, po prostu nie mogę tego pojąć. O smaku się ponoć nie dyskutuje, to co ma prawo nie przypadać do gustu mnie, inni mają prawo uważać za doskonałość – i vice versa. Sęk jednak w tym, iż myślę, że niektóre imiona tak mocno wbite są w naszych głowach, tak jednoznacznie się nam z czymś lub kimś kojarzą, iż sporym wyzwanie jest chrzczenie tak swoich dzieci, które dodatkowo posiadają nasze nazwisko. Spotkałem się np. z maluchem o imieniu Adolf, i wcale nie był z Niemiec. W swoim życiu dostąpiłem okazji uścisnąć rękę Albinowi, który ani trochę nie miał bladej skóry oraz Alfonsowi, który notabene zarabiał na życie pracując w czasopiśmie – i nie była to przykrywka. W życiu politycznym Polski często pokazują się także ludzie o słodko brzmiących imionach Maria – jest przecież Pan Rokita oraz nowy prezydent Komorowski – czy wam też coś tu nie gra? Jeżeli rozchodzi się o panie, moja koleżanka nazywa się Genowefa i nawet nie zadawajcie pytania czy ma na nazwisko Pigwa. Jest także Sonia, która kojarzy mi się z małym, niegroźnym szczurkiem, którego umieszcza się w terrarium, no i Żaklina, której imię ledwo przechodzi mi przez gardło. Uważam, że im dłużej i bardziej rodzice głowią się nad imionami dla swych pociech, tym bardziej dramatyczne są tego rezultaty.
Leave a reply